Wpisy użytkownika Liga Świata z dnia 16 sierpnia 2012

Liczba wpisów: 2

ligaswiata
 
Zobaczcie poniższy film. Widać na nim przemowę Pawła Grzesiowskiego, polskojęzycznego guru sceny wakcynologicznej, i głównego przedstawiciela frontu proszczepionkowego. Stwierdza on wprost, że osoby sprzeciwiające się szczepieniom popełniają “najzwyklejsze przestępstwo”. To pójście o krok dalej w tzw “mowie nienawiści” uprawianej przez kartel farmaceutyczny.
Moja odpowiedź jest taka:

-obowiązkiem lekarza jest informować o wszystkich działaniach niepożądanych i powoływać się na rzetelne badania naukowe. To, na co powołują się zwolennicy szczepień jest zwyczajną kpiną. Rodzic w gabinecie szczepień nigdy nie zobaczy ulotki dołączonej do opakowania szczepionki. A działania niepożądane są wyszczególnione nawet tam. Dociekliwi albo wahający się rodzice są zalewani socjotechnicznym bełkotem i stekiem bzdur, bo lekarze pediatrzy są indokrynowani zarówno na studiach medycznych, jak i na tzw “szkoleniach zawodowych”. Powyższe działania nie mają nic wspólnego ze sztuką medyczną, ba, są jej zaprzeczeniem. Dr Mengele jest zapewne dumny ze swoich wychowanków i z tego, że kartel farmaceutyczny powiązany z bankierami kontroluje wszystkie kraje na świecie.

-obowiązkiem rodzica jest zapewnienie bezpieczeństwa dziecku. Jeśli żaden lekarz w Polsce nie podpisze oświadczenia, że szczepionki są bezpieczne (a nie podpisze, żaden) to rodzic ma podstawy by twierdzić, że coś tu nie halo. Gdyby rzeczywiście szczepionki miały wszelkie niezbędne atesty i szeroki margines bezpieczeństwa, gdyby rtęć i inne toksyny w nich zawarte nie powodowały uszkodzeń neurologicznych – większość lekarzy takie zaświadczenie by podpisała.

-mowa nienawiści i dyskryminacja ze względu na: wyznawaną religię, poglądy, orientację seksualną, narodowość, płeć, niepełnosprawność itd – jest zakazana i podlega karze więzienia. Czym jest powyższe przemówienie dr Grzesiowskiego jak nie mową nienawiści ze względu na poglądy? Poza tym, niektóre religie, np Amiszów, zabraniają szczepień. Jak tylko wprowadzą obowiązek szczepień dla dorosłych – przechodzę do tej wspólnoty  Tak więc wypowiedź Grzesiowskiego jest też dyskryminacją religijną Amiszów. Wniosek jest jeden: trzeba zatrzymać tych żądnych pieniędzy i władzy zwyrodnialców, inaczej znów zapłoną stosy, inaczej znów zapłoną krematoria w obozach koncentracyjnych..
Mowa nienawiści i dyskryminacja np ze względu na poglądy są zabronione przez: Traktat Lizboński, kartę praw podstawowych, prawo europejskie, prawo polskie, i szereg innych traktatów międzynarodowych. Nie można pozwolić, by były one stosowane tylko wybiórczo, wobec grup posiadających specjalne przywileje, nadane przez neoliberalne reżimy. Muszą one chronić wszystkich obywateli.

-wyżej wymienione ustalenia międzynarodowe jasno i wyraźnie mówią, że nikt nie ma prawa poddać nas dowolnej procedurze medycznej bez naszej zgody. Jest to jedno z fundamentalnych praw człowieka, coś tak jasnego i oczywistego dla każdego człowieka na Ziemi, że niezmiernie trudno jest elitom wysuwać argumenty przeciw. Z tego powodu muszą wprowadzać coś takiego, jak coraz dalej idący przymus szczepień i wkrótce także przymus zażywania leków (psychotropów np), “dla naszego dobra”.
Procedurą medyczną są także szczepienia. Brakuje na leki, w niektórych szpitalach brakuje nawet na gips do opatrywania złamanych kończyn, ale miliardy dolarów na szczepionki zawsze się znajdzie.

Oto film z dr Pawłem Grzesiowskim:


A na koniec ciekawostka – zwróćcie uwagę na tembr głosu i intonację propagatorki szczepień z poniższego filmiku. Słowa wypowiada w intonujący i robotyczny sposób, jakby była świeżo po lobotomii mózgu. W sumie – to specyficzne, trwające lata pranie mózgu dokonywane przez uniwersytety, a potem – przez korporacje, można porównać do swego rodzaju mentalnej lobotomii..




Na deser – powtórzenie moich dwóch tekstów – o tym, czego naprawdę uczą na “akademiach medycznych”, i czy uzasadniony jest ostateczny argument eugeników: “lekarz jest po ciężkich studiach a Ty nie, baranie”. Otóż – nie jest:
-90% lub więcej interakcji między lekami, i jeszcze większy odsetek długofalowych skutków ubocznych, jest zupełnie nieznana i ukrywana już na samym etapie badań klinicznych nad danym lekiem. Ja biorąc lek przeciwdepresyjny nie mam żadnej gwarancji, czy np za 40 lat nie dostanę raka mózgu albo jakiejś nieznanej jeszcze, strasznej choroby. Tak samo jest z prawie że wszystkimi lekami;
-lekarz gastrolog ma marne pojęcie o lekach neurologicznych lub nie ma go wcale. Lekarz dentysta zaś w ogóle nie ma wiedzy na temat leków przeciwdepresyjnych – i można to wymieniać w nieskończoność. Ja sam, jak tylko jestem u dentysty, muszę tłumaczyć, że leki, które biorę mogą reagować ze znieczuleniem dentystycznym, np wywoływać komorowe zaburzenia rytmu serca. Lekarz dentysta może ogólną regułkę zna, ale gdy ja mówię konkretną nazwę chemiczną leku – on nie ma o tym pojęcia. Tak więc tłumaczyć muszę ja.

Cyt-”Niestety dzisiaj mamy patologiczną sytuację. Lekarzy bardzo długo i dogłębnie uczy się na studiach, jak diagnozować choroby. Natomiast prawie w ogóle nie potrafią oni leczyć, bo nie posiadają po studiach praktycznie żadnej wiedzy z dziedziny farmacji.
Jest to paradoksalne, że leczyć nie potrafi ktoś, kto zwie się lekarzem, ale taka jest nasza smutna rzeczywistość.
Panowie w białych kitlach nie wiedzą, jak stosować leki i w jakich dawkach je przepisywać. Uzupełniają później te braki w wykształceniu całkiem chałupniczo, podczas praktyki lekarskiej, eksperymentując na swoich pacjentach.
To dlatego lekarze w opisie choroby posługują się łaciną, aby pacjent nie wiedział, na co jest chory i żeby nie musieć pacjentowi tłumaczyć, co się psuje w jego organizmie. Jest to sprytny wytrych ukrywający lekarską niewiedzę, czyli niekompetencję. Przeciętny lekarz nie ma pojęcia, jak działa chemia organizmu, ponieważ ostatnie zajęcia z chemii miał jeszcze w liceum.

Do skutecznego leczenia ludzi nie wystarczy poznać schematy postępowania. Niestety takie właśnie schematy rzemiosła lekarskiego (nazywanie ich zawodu sztuką jest nieporozumieniem) wtłaczają do swoich głów na specjalizacjach. Zgodnie z metodyką – taka choroba, taka kolejność postępowania i stosowania kolejnych specyfików. Nie ma w takim nauczaniu żadnej głębszej refleksji, zrozumienia stanu chorobowego, jego przyczyn i możliwych dróg rozwiązania.
Nadmierne wypisywanie leków przez lekarzy jest wynikiem ich niedouczenia z zakresu farmacji oraz skorumpowania przez nagrody, jakie dostają oni od koncernów farmaceutycznych. Każdy lekarz musi nieustannie podnosić swoje kwalifikacje. Za to wszystko płacą firmy farmaceutyczne, których nadrzędnym i jedynym celem jest sprzedawanie leków. Będą więc one za pośrednictwem lekarzy wciskali ludziom nie tylko te dawki substancji, które leczą, lecz przede wszystkim te dawki, które szkodzą. Co więcej, ciągłe nakłanianie do stosowania przeróżnych leków i spełnienia oczekiwań firm farmaceutycznych powoduje coraz częstsze pojawianie się u klientów służby zdrowia lekowych interakcji.
Lekarze nie wiedzą prawie niczego o interakcjach, jest to bowiem wiedza chemiczna – farmakologiczna, której nikt nie wymagał od nich ani na studiach, ani w dalszej nauce na specjalizacjach.

Farmakologię, czyli naukę o lekach i o chemicznym leczeniu, przekazuje się przyszłemu lekarzowi zaledwie w ciągu dziesięciu miesięcy, z pięcioletniego okresu studiów. Co więcej, wiedzę tę wykłada się lekarzom w sposób okrojony i nieskuteczny. Polega on na suchym zapamiętywaniu formułek, ponieważ rozumowa i systemowa nauka o działaniu na człowieka leków wymagałaby wpierw zapoznania lekarza z wiedzą chemiczną.
Lekarzom na studiach w ogóle nie wykłada się chemii, przez co nie potrafią oni zrozumieć większości pojęć związanych z interakcjami chemicznymi substancji aktywnych, czyli zrozumieć podstawowych pojęć związanych z leczeniem człowieka lekami i działaniami tychże na ludzki organizm.
Zmusza się studentów do bezrozumowego zapamiętania najczęstszych interakcji fizjologicznych, nie ucząc ich niczego o interakcjach chemicznych. Ta wiedza szybko opuszcza ich głowy, bo czego się nie rozumie, a zapomni – nie można potem w umyśle odtworzyć. Potem świeżo upieczonych lekarzy wysyła się na „rynek ochrony zdrowia”, czyli propagacji i podtrzymywania stanu chorobowego. Jest on bowiem pełen specjalistów od marketingu firm farmaceutycznych i to z dostarczonych przez nich tendencyjnych materiałów, młodzi lekarze dowiadują się, jak powinni leczyć ludzi.”
oczyszerokozamkniete.wordpress.com/(…)koncerny-farm…

Teraz o tym, jak łatwo można zrobić pranie mózgu osobie z tytułami naukowymi – człowiek po takim czymś jest mentalną roślinką pozbawioną rozumowania logicznego i otwartego myślenia. Nie są to umysły ścisłe – są to umysły “ściśnięte”:

cyt. “Osoby z wyższym wykształceniem są bardziej skłonne wierzyć kłamstwom podawanym w oficjalnych mediach. Bo to wynika z kilku mniej czy bardziej racjonalnych powodów:

- tzw „uczeni” zaliczają się do struktur „elitarnych”, więc broniąc tych formalnych struktur bronią własnej pozycji, a de facto swojej osobowości;

- aby awansować musieli przejść przez tresurę poprawności politycznej, a to m.in. eliminuje zdolność do sprzeciwu;

- ta tresura po czasie upośledza również zdolność odróżniania prawdy od fałszu;

- dwa powyższe zjawiska są wzmocnione konformizmem, który w kręgach naukowych jest bardzo silnie rozwinięty;

- środowisko jest sfrustrowane wobec pauperyzacji i utraty autorytetu, oraz wobec dominującego poczucia niskiej przydatności dla społeczeństwa;

- pozycja osoby wykształconej – zwłaszcza gdy udało się jej wspiąć na szczebelki kariery – podnosi ambicje i wymusza potrzebę obrony swojej opinii, nawet wbrew obiektywnym okolicznościom;

- nawet na średnim szczeblu, czyli wśród tzw inteligencji i kadry technicznej, występuje blokada przed przyjęciem informacji spoza obiegu oficjalnego, bo zdobyta wiedza i doświadczenie życiowe nakłaniają do takiej właśnie postawy
- ja tam wiem swoje bo …

Powyższe zjawiska nakładają się na siebie, i zazwyczaj wzmacniają opór przed przyjęciem niewygodnej prawdy, bo przecież niemal każdy dąży do komfortu i tworzy swoje wyobrażenie o świecie jak mu/jej najbardziej pasuje, a nie jak jest na prawdę.

I rzeczywiście osoby proste, bez wiedzy uniwersyteckiej, mają więcej zachowanych zdolności do racjonalnego oceniania zjawisk – głównie w oparciu o własne obserwacje jak działa Natura, bez przesadnej fascynacji mediami, techniką czy farmakologią.

Wniosek:
prawdopodobnie upowszechnienie akcji eksterminacyjnej w oparciu o przymus szczepionkowy przyspieszy procesy selekcji „naturalnej”.

Jarek Kefir
 

ligaswiata
 
Otwarty protest przeciwko umieszczeniu w projekcie nowelizacji ustawy  Prawo farmaceutyczne zmanipulowanej definicji substancji czynnej
DEFINICJA DEFINICJI
Definicja to wyjaśnienie znaczenia jakiegoś wyrażenia językowego przy użyciu innego wyrażenia, które w tym samym języku oznacza to samo.
DEFINICJE FAŁSZYWE
1. DEFINICJA TAUTOLOGICZNA ZAWARTA W PROJEKCIE NOWELIZACJI
Substancja czynna to substancja(e) wykorzystywana do produkcji leków, które będą zawierać substancję czynną.
Tekst oryginalny: "substancją czynną — jest substancja lub mieszanina substancji, która ma zostać wykorzystana do wytworzenia produktu leczniczego i która, użyta w jego produkcji, staje się składnikiem czynnym tego produktu ").
Definicja tautologiczna to taka definicja, w której zwrot definiujący powtarza zwrot definiowany. Powtórzenie to nie przyczynia się do lepszego zrozumienia zwrotu definiowanego. W opisywanym przypadku występuje jednocześnie pod dwoma postaciami: 1/ Idem per idem (to samo przez to samo) i 2/ circulus in definiendo (błędne koło).
2. DODATKOWE, ŚWIADOME ZMANIPULOWANIE DEFINICJI
Opisywana definicja jest zbyt szeroka. Autorzy świadomie uczynili zwrot definiujący zakresowo nadrzędnym, by mógł on dotyczyć również produktów leczniczych nie zawierających substancji czynnej. W efekcie chcieli udowodnić, że wszystkie produkty lecznicze zawierają substancję czynną, co jest oczywistym kłamstwem naukowym. Manipulacja polega na tym, że nie uczynili zastrzeżenia, że definicja nie dotyczy „leków" stosowanych w tzw. „medycynie alternatywnej".
CEL WPROWADZENIA FAŁSZYWEJ DEFINICJI PRZEZ AUTORÓW NOWELIZACJI
Sposób sformułowania pseudo-definicji sprawia, że może ona być dowolnie interpretowana, w tym sensie, że substancją czynną może być wszystko lub nic oraz, że produkty lecznicze mogą zawierać substancję czynną, lub nie.

Co więcej, „definicja" nie określa, jakie cechy biologiczne winna mieć substancja czynna, a to jest jej istotą. Z logicznego, zatem punktu widzenia „definicja" ta niczego nie definiuje.
Przypuszczam, że autorzy tej groteskowej niby-definicji świadomie pozbawili ją kryteriów, na podstawie których można by ocenić, czym jest w istocie substancja czynna.

Przyjęcie tej nowelizacji przez Sejm sprawi, że lekiem będzie można nazwać wszystko, niezależnie od tego, czy technologia produkcji tego „czegoś" jest zgodna z uniwersalnymi prawami naukowymi, czy nie.
Autorzy projektu powinni najpierw sprawdzić w słowniku znaczenie terminu „definicja", a dopiero potem zabierać się do semantycznych manipulacji.
Ironią losu jest fakt, że bełkot ten powstaje w Ministerstwie Zdrowia, które powinno zajmować się organizacją polskiego lecznictwa, a nie — jak się domyślam - kombinowaniem, jak wyprowadzić w pole ludzi, którzy sprzeciwiają się powstaniu prawa, które pozwoliłoby na legalizację oszukańczych metod leczenia zawartych w dyrektywach płynących z Brukseli.
Wyjaśnię to szczegółowo, ale na razie poznajmy projekt:
"DEFINICJA" (cytuję):
"38a) substancją czynną — jest substancja lub mieszanina substancji, która ma zostać wykorzystana do wytworzenia produktu leczniczego i która, użyta w jego produkcji, staje się składnikiem czynnym tego produktu przeznaczonym do wywołania działania farmakologicznego, immunologicznego lub metabolicznego w celu przywrócenia , poprawy lub zmiany funkcji fizjologicznych lub do postawienia diagnozy medycznej. (...)
42a) wytwarzaniem substancji czynnych wykorzystywanych jako materiały wyjściowe przeznaczone do wytwarzania produktów leczniczych — jest każde działanie prowadzące do powstania substancji czynnych w tym zakup i przyjmowanie w miejscu wytwarzania przez wytwórcę substancji czynnych materiałów używanych do produkcji, produkcja, dopuszczanie do kolejnych etapów wytwarzania w tym pakowanie, przepakowywanie, ponowne etykietowanie, magazynowanie oraz dystrybucja własnych substancji czynnych, a także czynności kontrolne związane z tym działaniem".
KOMENTARZ SZCZEGÓŁOWY
Ad 38a. Wyobraźmy sobie, na podstawie powyższej definicji, produkcję jakiegoś produktu zawierającego substancję czynną. Bierzemy dwie substancje i tworzymy mieszaninę. Niech będzie to nawet cyjanek potasu (KCN — składnik czynny) i woda. Technologia produkcji jest dowolna, w tym przypadku będzie to rozcieńczanie. Rozpuśćmy więc te substancje w taki sposób, by 1 część KCN przypadała na 100 części wody (1 : 100, czyli 1 :10^2). Powtórzmy tę operację 12 razy i przekonamy się, że w otrzymanym roztworze (1 : 1000 000 000 000 000 000 000 000, czyli 1 : 10^24) nie ma już ani jednej cząsteczki KCN. Roztwór (woda) stracił swoją aktywność, co - dla znających praktyczne znaczenie liczby 6,022137 x 10^23 (stała Avogadra) nie stanowi zaskoczenia. W każdym razie wody nie można nazwać produktem zawierającym czynnik aktywny.
Istnieją jednak „metody terapeutyczne", w których stosowane są „leki" rozcieńczone w wodzie np. w stosunku 1 do 10^400. Pomijając już nawet fakt, że liczba cząsteczek we Wszechświecie wynosi około 10^80 (dowód absurdu metody), jasne jest, że preparat taki nie zawiera śladu substancji czynnej. Trzeba, więc nadać mu dodatkową cechę metafizyczną. Może to być na przykład „pamięć wody". Wtedy, nawet po usunięciu z roztworu wszystkich cząsteczek substancji czynnej leczniczo, woda „pamiętałaby" własności lecznicze rozcieńczanej substancji, które można by przenosić np. na granulki cukrowe. Granulki te, następnie pakowano by, przepakowywano, ponownie etykietowano, magazynowano i dystrybuowano.
Wszystko byłoby super-zgodne z nową „definicją". Jedynym problemem mógłby być fakt, że podczas rozcieńczenia przekroczono by liczbę Avogadra oraz obalono II zasadę termodynamiki. Oczywiście to nieistotne, gdyż fakt obalenia przez naukowców-postępowców nienaruszalnych praw fizyki, byłby zgodny z „definicją".
Ad 42a. Na pierwszy rzut oka powyższy tekst wydaje się być typowym żargonem ustawowym. Przeczytajmy jednak powoli, słowo po słowie. Czy ta część „definicji" może się odnosić do substancji czynnych zawartych we wszystkich grupach lekarstw? W jakiej, bowiem grupie leków kupujemy substancje czynne wykorzystywane, jako materiały wyjściowe do produkcji własnych substancji czynnych, które wymagają kolejnych etapów wytwarzania? Antybiotyki?, leki przeciwbólowe?, cytostatyki?, leki hormonalne?, leki kardiologiczne? Z takimi pytaniami możemy przejechać się po całej farmakopei polskiej i nie znajdziemy leków, których sposób wytwarzania odpowiada tej chorej „definicji".
DLATEGO PYTAM
Czy nie prościej byłoby, gdyby — zamiast określenia "substancje czynne wykorzystywane jako materiały wyjściowe" — wstawiono do tekstu projektu terminy "pranalewka" lub "rozcierka"? A zamiast "dystrybucja własnych substancji czynnych" — dystrybucja własnych "produktów homeopatycznych"?
GRATULACJE
Jestem pełen podziwu dla autorów projektu. Dwa zdania i homeopatyczne oszustwo może stać się zgodne z ustawą. Nikt, a zwłaszcza autor tego tekstu, nie może się do niczego przyczepić. Wszystko jest zgodne z prawem. Tylko, jakim prawem? Wynikającym z dwóch zdań, nazwanych definicją?
Infantylne to, głupie i żałosne. Korupcję oczywiście wykluczam. Jeden raz, gdy nie wykluczyłem, kosztowało mnie to kilka tysięcy złotych. Ale, gdybym wygrał w totka .............
SMUTEK
Trochę mi smutno, że moje własne państwo i moje własne Ministerstwo Zdrowia próbuje mnie oszukać. Ja, oczywiście, oszukać się nie dam, ale nie o mnie tu chodzi.
Dla autorów projektu istotne jest, by homeopatia, zgodnie z ustawą, weszła triumfalnie na salony medycyny.
Ale nawet, gdy wejdzie, ja tak długo będę tłumaczył opinii publicznej, że to oszustwo i kto jest oszustem, że ludzie w końcu zrozumieją, kto ma rację.
Będę tłumaczył nawet wtedy, jeśli po odczytaniu nowelizacji rozlegnie się: "stuk, puk, laską w podłogę, Sejm, Sejm, wyraża zgodę.
GŁOSOWANIE WYBRAŃCÓW NARODU Z MATURĄ
Anegdotycznym zbiegiem okoliczności jest fakt, że „stuk-puk laskę" dzierży pierwsza dama medycyny alternatywnej, która — promując homeopatię — rozporządziła, żeby poważnie chorym ludziom podawać wysoko-rozcieńczone „leki" homeopatyczne (na receptę!)
Godna podziwu jest Jej wiara, że "NIC" może działać na "COŚ", a jeśli tego "NICZEGO" jest coraz mniej, to zmniejszające się "NIC" działa na to "COŚ" coraz skuteczniej, w sposób wprost proporcjonalny do ubytku "NICZEGO". To samo twierdzą fani ruchu New Age, którym Aquarius wskazał drogę do zbawienia holistycznego.
PODRĘCZNIKOWA DEFINICJA SUBSTANCJI CZYNNEJ
KOMU TO PRZESZKADZAŁO?
Gdy byłem studentem IV roku Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej, moi wykładowcy twierdzili, że lek jest produktem zawierającym taką dawkę materialnej substancji czynnej, która wykazuje działanie terapeutyczne (dosis therapeutica — DT). Chyba wszyscy zgodzą się ze mną, że informacja ta jest jasna, logiczna i dla każdego zrozumiała.
A substancja czynna? Czy wymaga nowej definicji? Niżej przedstawiam wiadomości podręcznikowe, których nikt, nigdy i nigdzie na świecie nie zakwestionował.
DEFINICJA SUBSTANCJI CZYNNEJ SPRZED REWOLUCJI KULTURALNEJ W POLSCE
Substancja czynna (leczniczo) to taka substancja materialna, która ma zdolność reagowania z jakąś grupą receptorów organizmu ludzkiego. Efektem tej reakcji jest zainicjowanie w tym miejscu i czasie reakcji chemicznej, która powoduje, w kontekście walki z chorobą, korzystne dla organizmu zmiany metabolizmu. O tym, więc, czy możemy substancję nazwać aktywną (lub nie) decyduje jej struktura warunkująca odpowiednie własności fizykochemiczne oraz, co jest oczywiste, jej ilość.
Jak opisać tę aktywność? To łatwe. Weźmy na przykład jakiś preparat przeciwbólowy. Podajemy choremu wyjącemu z bólu (po złamaniu nogi w dwóch miejscach) 1/10 dawki leczniczej (DT); chory nadal wyje z bólu. Podajemy ½ DT i chory przestaje wyć, ale nadal się krzywi. Wreszcie pacjent otrzymuje jedną całą DT i zasypia z błogim uśmiechem na twarzy.
Gdybyśmy podali mu DT razy 100, chory zasnąłby również. Na zawsze. Co z tego wynika? Otóż, pewna gradacja:
1/ zbyt mała dawka substancji czynnej nie wywołuje żadnego efektu. Podobnie, jak „lek" homeopatyczny, który — z definicji (zwykłej) — nie zawiera substancji czynnej.
2/ dawka minimalna wywołuje efekt zauważalny, ale jeszcze nie terapeutyczny.
3/ dawka terapeutyczna to taka ilość substancji czynnej, która „przewalcza" zdolność organizmu do neutralizacji obcych substancji i wywołuje oczekiwaną reakcję.
4/ możemy też podać pacjentowi, tak jak to robił Jack Kevorkian („doktor śmierć") dawkę stukrotnie większą, czyli letalną. Nazywa się to eutanazja.
EKSPERYMENT KLINICZNY I WAŻNY WNIOSEK
Każda substancja czynna, która podana we właściwej ilości powoduje korzystne dla chorego zmiany metabolizmu, podana w ilości 1000 razy większej zawsze wywoła zmiany niepożądane. Krótko mówiąc — śmierć.
Na tej przesłance oparta była międzynarodowa Kampania 10:23, podczas której kilkadziesiąt tysięcy ludzi (w tym profesorowie medycyny i farmacji) w blisko 70 miastach z około 30 krajów na wszystkich kontynentach, połknęło z uśmiechem na ustach „leki" homeopatyczne w dawkach 1000-krotnie większych, niż DT określona przez producenta. Dlaczego ci ludzie nie umarli, lub choćby nie mieli biegunki? Powód jest prosty. „Leki" homeopatyczne nie zawierają substancji czynnej leczniczo.
CO NA TO HOMEOPACI?
Oficjalne stanowisko Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej brzmiało tak: „przedawkowanie leków homeopatycznych pokazuje jedynie, że leki homeopatyczne nie mają działań niepożądanych, ale w żadnym wypadku nie może to być dowodem ich nieskuteczności". W świetle informacji, które podałem wyżej, a które potwierdza cały świat naukowy jest to oczywiste kłamstwo (lub głupota). Do tego jednak jestem przyzwyczajony.
MOJA REAKCJA PUBLICYSTYCZNA
Problem polega na tym, że ludzie naiwni oraz — powiedzmy — wolno myślący mogą uwierzyć w oświadczenie PTHK. Dlatego w artykule pt. „Homeopatia — moje prywatne zwycięstwo" (Racjonalista.pl) wyłożyłem im kawę na ławę (cytuję): „Twierdzenia homeopatów, że ich "leki" można bezpiecznie przedawkować są zgodne z prawdą! Dlaczego? Bo „leki" te nie zawierają substancji aktywnych terapeutycznie. A skoro nie zawierają, to nie leczą. Bo czym?
A czym jest „lek", który nie zawiera substancji czynnej? Wg Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego jest lekiem fałszywym. Proste, logiczne, zrozumiałe.
DLATEGO STANOWCZO PROTESTUJĘ PRZECIWKO WPROWADZENIU PARODII DEFINICJI SUBSTANCJI CZYNNEJ W USTAWIE PRAWO FARMACEUTYCZNE I SZCZERZE NAMAWIAM WSZYSTKICH KONSULTANTÓW SPOŁECZNYCH DO PÓJŚCIA MOIM ŚLADEM
Moim uwagom nadaję charakter protestu otwartego, by uzmysłowić wszystkim, że u podłoża działań Ministerstwa Zdrowia leżą motywy polityczne, związane z implementacją europejskich bzdur na temat „medycyny alternatywnej" do polskiego prawa, a nie dobro pacjenta.

Mój protest kieruję przede wszystkim do tych posłów i senatorów, którym bardziej zależy na zdrowiu i życiu polskich pacjentów, niż na zgodności polskich ustaw z oszukańczymi dyrektywami europejskimi.
W razie przyjęcia tej antynaukowej nowelizacji przez Sejm, apeluję do Pana Prezydenta by nie podpisywał ustawy, która w proponowanym kształcie ośmieszy na zawsze polską medycynę i naukę.
Już przed rokiem otrzymałem list od Zastępcy Dyrektora Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji Wojciecha Giermaziaka (MZ-PLO-460-9945-273/KB/11. Cytuję jego fragment (całość w tym miejscu- tiny.pl/h48x7):

“Faktem jest, iż Wspólnota Europejska przedmiotowym produktom nadała określony status prawny i aktualnie nie ma możliwości ich prawnego kwestionowania. Ewentualne zmiany w tym zakresie mogą być wprowadzone, jedynie na podstawie zmian przepisów dyrektywy regulujących zagadnienie produktów leczniczych homeopatycznych”



A ZATEM, DLA POLSKICH WŁADZ PUBLICZNYCH, IMPLEMENTACJA EUROPEJSKICH KŁAMSTW NAUKOWYCH DO POLSKIEJ USTAWY PRAWO FARMACEUTYCZNE, JEST WAŻNIEJSZA OD ZDROWIA I ŻYCIA OBYWATELI POLSKICH.
Dlatego, wielokrotnie, w różnych mediach i portalach internetowych zadawałem Ministrowi Zdrowia pytanie: czy mam leczyć dzieci zgodnie z moją wiedzą medyczną, czy zgodnie z prawem?
Jak przypuszczam, próba wprowadzenia nowej definicji substancji czynnej ma na celu wprowadzenie ustawowego kompromisu między prawem, a wiedzą medyczną. A dokładniej: kompromisu między prawem, a kłamstwem naukowym.
Jeśli chodzi o mnie, oświadczam, że próba spaliła na panewce. Była zbyt prymitywna.
Panu Premierowi i całej Radzie Ministrów przypominam znane oświadczenie genialnego fizyka Richarda P. Feynmana:
"Żaden rząd nie ma prawa decydować, co do prawdziwości naukowych zasad (...)".
Żaden, ale zwłaszcza obecny, który zdecydowanie lepiej zna się na hazardzie i „kierowaniu" spółkami Skarbu Państwa, niż na matematyce, która jest tak ważna dla zrozumienia absurdów homeopatycznych. A w czasie ostatnich 5 lat wielokrotnie słyszałem w telewizorze wypowiedzi znanych polityków, którzy bezwstydnie chwalili się swoją ignorancją matematyczną. W artykule „Terapie holistyczne" (Racjonalista.pl) skomentowałem to tak (cytuję): „matematyczny głupek jest głupkiem zwykłym". Nawet jeśli jest to czołowy głupek resortowy. W prawdziwym — nie homeopatycznym — życiu (i resorcie) potwierdza się to zawsze.
Prof. zw. dr hab. med. Andrzej Gregosiewicz, Lublin, 13.08.2012
Andrzej Gregosiewicz
Profesor zwyczajny, kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Od 2001 roku prowadzi walkę z oszustwami leczniczymi typu homeopatii, bioenergoterapii, radiestezji i innymi rodzajami tzw. "medycyny alternatywnej". Opublikował na ten temat ponad 100 artykułów w mediach papierowych i elektronicznych. Jest „ojcem chrzestnym” akcji medialnej przeciwko homeopatii. W 2008 roku, głównie na skutek Jego konsekwentnej działalności publicystycznej oraz wygrania procesu sądowego z Izbą Gospodarczą Farmacja Polska oraz producentami "leków" homeopatycznych, rozpoczęła się szeroka debata publiczna na temat wartości leczniczych tego sposobu terapii. Jest członkiem-założycielem Klubu Sceptyków Polskich.

Andrzej Gregosiewicz